To co robimy zwierzętom

Olga Tokarczuk w jednej z ubiegłorocznych rozmów ( rozmowa z Michałem Nogasiem – GW, 11-13 kwietnia 2020) mówi o swoistym  paszporcie w podróży do nowych czasów, (tych po pandemii) którym ma być zmiana naszego stosunku do zwierząt. Jedno zdanie z tej wypowiedzi biorę za punkt wyjścia do namysłu nad obrazem i opowiadaniem Shaun’a Taun’a pochodzącymi z napisanej i zilustrowanej przez niego książki „Opowieści z głębi miasta. Noblistka podzieliła się z reporterem taką intuicją: „Myślę, że to co robimy zwierzętom, jest mroczną metaforą tego, co robimy światu w ogóle”.

Ilustracja Shaun’a Taun’a zaintrygowała mnie od pierwszego spojrzenia. Zaintrygowała do tego stopnia, że uczyniłem z tego obrazka tło na pulpicie mojego komputera. Nie znałem jeszcze opowiadania, którego stanowiła ilustrację, ale i bez niego wywoływała we mnie falę wzruszenia. Lektura opowiadania to uczucie wzmogło.

Wlewające się do klasy i rozlewająco szeroko światło opływa rozgrywający się w centralnym miejscu klasy – na nauczycielskiej katedrze – dramat. Jakby skromnie nie wyglądała ta katedra, stanowi dla mnie  rodzaj ofiarnego ołtarza i dwa mam argumenty, które mnie podtrzymują w tej intuicji. Pierwszy pochodzi z tekstu, ze zdania otwierającego drugi i zarazem ostatni akapit krótkiego, zaczynającego się od słów szanujcie owcę opowiadania: „ Ale nie wystarczyła, by zamaskować ohydny powiew z portu: smród ogromnego statku bydlęcego załadowywanego przy niefortunnym wschodnim wietrze”. Drugi argument biorę z dzieła sztuki i wspomnę o nim w dalszej części.

Nie mam wątpliwości, że „załadowywanie statku bydlęcego”  jest wskazaniem na stały, systematyczny i o charakterze przemysłowym proceder uśmiercania zwierząt. Na monstrualny charakter tego zjawiska wskazuje fakt, że przy niepomyślnym wietrze smród z tego statku ( mieszające się krew, kał, wydzieliny zwierząt, ich strach, trupi zaduch) jest w stanie skazić całe miasto, unieruchomić w nim ludzką aktywność, zatrzymując mieszkańców w domach. Mieszkańców nie dotyka w zasadzie powszechność dziejącego się na ich oczach zjawiska, ani jego monstrualność, odczuwają jedynie pewną niedogodność związaną z ograniczeniem pełnego przyjemności stylu ich życia w momencie, kiedy zawieje „niefortunny wiatr”.  Zmuszeni są wtedy odwoływać kolacje pod gołym niebem, spacery, przyjęcia w ogródkach i rezygnować z pływania w morzu.

Swoista nieczułość mieszkańców miasta ( skontrastowana z postacią współczującego nauczyciela) przypomniała mi fragment książki J.M. Coetzee’ego Elisabeth Costello”. Fragment pochodzi z rozdziału „Filozofowie i zwierzęta. Bohaterka opowieści noblisty, tytułowa EC  prezentuje skonfundowanej jej słowami akademickiej publiczności daleki od rygorów naukowego wystąpienia wykład: „ Dziś rano zabrano mnie na przejażdżkę po Waltham. Miasto zrobiło na mnie dość przyjemne wrażenie. Nie widziałam żadnych okropieństw, żadnych laboratoriów, żadnych wielkich farm hodowlanych, żadnych ubojni. A jednak jestem pewna, że one gdzieś są. Po prostu się nie afiszują. Są wszędzie dookoła nas, tyle że my w pewnym sensie o nich nie wiemy. Powiem otwarcie: wokół nas funkcjonuje olbrzymia fabryka upodlenia, okrucieństwa i mordowania, która dorównuje wszystkiemu, do czego zdolna była Trzecia Rzesza, a w gruncie rzeczy bije ją na głowę pod tym względem, że jest przedsięwzięciem bez końca, samoodradzającym się, produkującym w nieskończoność  króliki, szczury, drób, bydło, po to, żeby je zabijać. (…) Wrócę po raz ostatni do otaczających  nas miejsc zagłady, miejsc rzezi, przed którymi w wielkim zbiorowym wysiłku zamykamy serca. Codziennie odbywa się nowy holocaust, a jednak najwyraźniej nasze morale pozostaje nieporuszone, nietknięte. Nie czujemy się splugawieni. Wydaje się, że możemy robić wszystko, co tylko chcemy, i wyjść z tego z czystym sumieniem”.(JMC, „EC”, str. 79-96 )  

Zupełnie jak mieszkańcy miasta z opowiadania Shauna Tauna; im co najwyżej pranie „przejdzie” nieprzyjemnym zapachem, jeśli nie zdążą na czas zdjąć go z bieliźnianych sznurów.

Owca obejmowana współczująco przez nauczyciela, jest owcą, która trafi pod rzeźnicki nóż, jest w sensie najdosłowniejszym ofiarą – czyli istotą wydaną na przemoc i nauczyciel o tym wie. Wyeksponowanie jej na ławce jest symbolicznym (choć przez nauczyciela (ilustratora?)) może wcale nie uświadomionym postawieniem jej na ołtarzu ofiarnym. Tu otwiera się perspektywa na drugi argument, pochodzący z dzieła sztuki.

Patrząc na ilustrację Shauna Tauna nie jestem w stanie uniknąć wzroku owcy. To jest wzrok skierowany  wprost na mnie. Nie ma w nim niepokoju, zatrwożenia, lęku czy strachu. Te uczucia mógłbym przypisać nauczycielowi, którego gesty wskazują na wielkie emocjonalne poruszenie, ale żadnego z nich nie mogę dostrzec w spokojnym spojrzeniu zwierzęcia. Głowa tego stworzenia i wzrok skierowany na mnie wywołały z mojej pamięci obraz ołtarza gandawskiego, autorstwa Huberta i Jana van Eycków, ponieważ centralną część tego obrazu, nazywanego również „Adoracją Mistycznego Baranka” stanowi scena adoracji stojącego na ołtarzu  Baranka Bożego. Kiedy przypatruję się dostępnym w Internecie reprodukcjom obrazu,  głowę Baranka znajduję skierowaną w moją stronę, a Jego  wzrok utkwiony we mnie. Ten sam ruch głowy i to samo pełne zrozumienia i pokory spojrzenie. W omówieniu Ołtarza Gandawskiego, które znalazłem w sieci (https://niezlasztuka.net/o-sztuce/oltarz-gandawski-historia-sekrety/ ) przeczytałem i  takie zdanie: „Baranek mistyczny to zwierzę ofiarne, wystawione na rzeź, wystawione na rzeźnicki spektakl, rozgrywający się w teatralnej scenografii obojętnej na jego ból Natury”. Jakże to koresponduje z pustką szkolnej sali u Shauna Tauna i „obojętnością” wybiegających z klasy dzieci!

Ten sam ruch głowy i to samo pełne zrozumienia i pokory spojrzenie; co z nimi zrobię? Przecież skoro napotykam je tak bezpośrednio, wiem, że skierowane są do mnie i na mnie; nie mogę nie odpowiedzieć!

Szanujcie owcę!” – mówi się do dzieci, które od cennego życia cenią bardziej martwe rzeczy i od najmłodszych lat trenowane są w tej sztuce, by na końcu – w klasie mistrzowskiej, czyli dorosłym życiu cenić już tylko złoto. Nauczyciel(e) próbuje(ą) dotrzeć do dzieci poprzez wskazanie na wartość  martwych rzeczy, na które rozłoży się w przyszłości żywe ciało owcy: „wełna, mięso, kości, skóra, mleko”. Ale ja tego spojrzenia nie mogę  odebrać jako zwykłego wezwania do szacunku dla martwych rzeczy! Nie tylko ja, bo niezwykły, poruszający głos w tej sprawie trafia do nas w ostatnich dniach za pośrednictwem tomiku wierszy Anny Augustyniak Między nami zwierzętami; wiersze z tej książeczki zasługują na osobną opowieść, ale teraz tylko fragment z wiersza „o trawieniu”:

„Nasza cywilizacja opiera się na trwodze,

organicznej i granicznej,

wdech i wydech, wdech

i ostatnie tchnienie, kiedy ciało

przytomne stygnie w bólu

i przeobraża się w coś do żucia i połykania.

Potem przemysłowo ustala się

Termin przydatności do spożycia”

Co zatem z tym życiem, które tak spokojnie patrzy na mnie nim nie stanie się wartościowym przedmiotem zrobię?

Nauczyciel na ilustracji Shauna Tauna obejmuje owcę współczującym gestem, jak Nietzsche bitego przez woźnicę konia na ulicy Turynu. To mogłaby być jakaś wskazówka; współczucie, ale mam wrażenie, że nie o to i w jednym i w drugim obrazie chodzi. Te mówiące spojrzenia wydanych na śmierć  zwierząt mają, jestem pewien, siłę wezwania do zmiany życia. Jeśli Rilke próbował w wierszu powiedzieć, że siłę wezwania do zmiany życia ma sztuka  – „musisz życie swe odmienić!” (wiersz „Starożytny tors Apolla”), to czy żywe życie, np. „gorące wełniane ciało, drżące od zwierzęcego  życia” poddawane zorganizowanej przemocy nie wzywa głośniej? Czy nie to powinienem też dziś usłyszeć: „wszystko co uczyniliście jednemu z tych najmniejszych…” , właśnie dziś, kiedy tyle jest słów o powrocie do normalności, o tym,   jak to będzie, kiedy do niej wrócimy, i czy będzie to ta sama normalność, której doświadczaliśmy przed pandemią? Olga Tokarczuk jeszcze ma nadzieję, że zmiana naszego stosunku do zwierząt jest możliwa w społecznej skali i otworzy nam drzwi do rzeczywiście nowego świata. Mnie wydaje się, że to jest możliwe już tylko w skali indywidualnej. Dlatego chcę jak najczęściej wracać do tego spojrzenia/wezwania, by stało się moim codziennym przynagleniem: „musisz życie swe…”. Kończę, by nie ześlizgnąć się w bełkot rozumu, wdzięczny Shaunowi Taunowi  za „Opowieść z głębi miasta”, za jego napisane i narysowane wzywające mnie do odmieniania życia „milczenie zwierzęcia”.

fn


0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *