Światło, czyli pochwała wieku dojrzałego

                                                                                         Seniorom

Jeden z tych, u których zawsze znajdzie się okruch światła, Guido Ceronetti napisał, że „starzy ludzie to nosiciele światła na twarzy”. Wiele z tego, co można  wyczytać z przetłumaczonych na język polski fragmentów twórczości Włocha wprawić może duszę w zachwyt i to zdanie działa podobnie, kiedy myślimy dziś o „starych ludziach”, o naszych seniorach.

Łatwo dostrzec, kiedy ludzka twarz emanuje światłem, ale niełatwo spostrzegać, jak  Ceronetti, że każdy „stary człowiek” jest nosicielem światła. Uwaga pisarza ma moc odmieniania spojrzenia na ludzi, a przynajmniej dysponuje taką mocą wobec niektórych.

*

Istnieje zjawisko, które mało kogo pozostawia obojętnym; zjawisko rozpraszania się światła w koronach drzew, w lesie, lub w parku. Chwilowe, pełne dla ludzkiego oka uroku naturalne zjawisko Japończycy, wielcy miłośnicy ulotnego piękna nazwali „komorebi”. „Komorebi” – chwila, w której oko dostrzega jak słoneczne światło filtrowane jest przez koronę drzew. Nauka ma na to swoje własne określenie – „promienie korpuskularne”, ale jakże sucho to brzmi przy niosącym w sobie silny ładunek estetyczny i emocjonalny japońskim „komorebi”.     

Chwilę „komorebi” z miejsca, czyli natychmiast postrzegamy jako jasną, a drzewo – jakby „promieniowało światłem”.

Wzruszenie wzbudzić mogą już same udane próby ujęcia w słowa tego przeżycia, jak ta C.S. Lewisa, który swoje wrażenia ujął w następujący sposób:  „ Jakakolwiek plama światła słonecznego w drzewie pokaże ci coś o słońcu, czego nigdy nie uzyskasz czytając książki o astronomii. Te czyste i spontaniczne przyjemności są płatkami Boskiego Światła w lasach naszego doświadczenia”.

*

Poetycki zwrot „Nosić światło na twarzy” można oddać w języku codzienności wyrażeniami  „być jasnym” i „promieniować światłem”. Takie jest znaczenie słowa hallel , które  łączy w sobie oba zwroty. Hallel to po polsku „alleluja”.

Dzięki zdaniu Ceronettiego i komorebi zrozumieć także można, w jednej chwili!, niezwykłą karierę piosenki Leonarda Cohena „Alleluja”. Sekret jej  powodzenia  nie wynika tylko z chwytliwej melodii, ale z napromieniowania światłem. Można powiedzieć, że ona cała jest światłem. Nucąc ją, nawet bezgłośnie w umyśle, każdy promieniuje przez chwilę niczym Mojżesz, który schodził z Góry Synaj po spotkaniu z Jahwe:

Gdy Mojżesz zstępował z Góry Synaj, z dwiema tablicami świadectwa w ręku nie wiedział, że skóra jego twarzy promieniała na skutek rozmowy z Panem. Aaron i wszyscy synowie Izraela zobaczyli Mojżesza, a oto skóra jego twarzy lśniła…” ( Księga Wyjścia, 34; 29-30).

W zdaniu  Ceronettego o  „starych ludziach jako nosicielach światła na twarzy” słyszymy zatem  przekonanie, że owo światło jest wyrazem doświadczenia niedostępnego dla podlotków i świętych młodzianków, bo to doświadczenie i zrozumienie (czyż nie na jedno wychodzi) życia, które po prostu JEST, ŻYJE, jest pełne blasku, czasem nawet takiego, że razi w oczy – lśni.

*

Inny rodzaj lśnienia dostrzec można w filmie „Kraina miodu”. Dokumentalny film o pięćdziesięciopięcioletniej, żyjącej w mołdawskiej górskiej wiosce, skromnej kobiecie – Hatidze. W zasadzie jest jedyną mieszkanką kamiennej, zagubionej w przestrzeni i czasie wioski. Jest jeszcze jej matka – niewstająca z  łóżka staruszka ( 85 lat). Hatidze, utrzymująca siebie i matkę z produkcji miodu z oddaniem opiekuje się mateńką.

Sceny tej opieki ogląda się ze ściśniętym sercem. Ściska je na przemian wzruszenie i zachwyt. Większość scen rozgrywa się wieczorem, w blasku lampki naftowej, albo świec, bo nie ma prądu w pozostałościach tej kamiennej wioski, i życie toczy się tam niezmiennie regulowane wschodami i zachodami słońca jak sto lat i wcześniej wstecz się toczyło. Wieczorne sceny ze świecami i lampą naftową są jak obrazy nadzwyczajnego malarza Georgesa de La Tour  zachwycające takimi właśnie scenami: ciemność, jedna lub dwie postaci obejmowane pełgającym światłem mającym swoje źródło w świecy.

Z wiersza Tadeusza Różewicza „W świetle lamp filujących” dociera do nas ten sam rodzaj światła, tak ciepłego i silnego, że nie sposób go chować pod korcem i cieszyć się nim w samotności. Niektórzy z nas mają to szczęście, że pamiętają czas na wsi bez elektryczności, tzn. chwile kiedy przez kilka dni „prądu nie było”, bo awaria, lub wichura, i wtedy wieczorne życie toczyło się w blasku świec i ognia spod blachy kuchennego pieca:

„w świetle lamp filujących / nieskończoność była skończona

czas był uchwytny/ przestrzeń zamknięta

w czterech ścianach/wystarczyło zamknąć oczy

aby znaleźć się / w czwartym wymiarze

wystarczyło otworzyć drzwi

żeby znaleźć się

w drodze do Emaus

spotkać Jezusa żywego

który jeszcze nie rozpoznany

jadł rybę pieczoną

chleb plaster miodu

życie przeżywa się

idąc spotykając”

Ceronetti i Japończycy od słonecznych promieni w koronach drzew mogą wyostrzyć nam spojrzenie na ludzi, których mamy obok siebie; kiedy więc za chwilę wyjdziemy na ulicę otwórzmy szeroko oczy i pozwólmy się zagarnąć wybuchowi światła ( „starzy ludzie to nosiciele światła na twarzy”), i dać się ponieść  fali wdzięczności za te widoki.

fn


0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *