Siedem dni w dwie godziny i pożytki z tego na dziś

Obejrzałem film „Apollo 13” (reż. Ron Howard, w głównej roli Tom Hanks). Mija 51 lat od wydarzeń, które oglądam na ekranie – czyli startu i szczęśliwego powrotu księżycowej misji załogi Apollo 13 (11/17 kwietnia  1970).

Wiele w ciągu dwóch godzin trwania filmu przeżyłem, sporo się nauczyłem. Kilka refleksji odnotowuję,  pogrubioną czcionką zaznaczając cytaty spisane z listy dialogowej filmu. To, że historia jest sfabularyzowaną opowieścią o prawdziwych wydarzeniach i to, że jesteśmy w tej chwili wszyscy i wszędzie, jak astronauci i naziemna obsługa misji w nadzwyczajnej sytuacji kryzysowej z pewnością miało wpływ na moje emocje i refleksje podczas seansu.

Do kolejnej misji, której celem miało być lądowanie na księżycu podchodzono rutynowo i spokojnie. Sytuacja wydawała się tak zwyczajna, że telewizje nie przewidywały na szczegółowe informacje o ekspedycji jakichś specjalnych pasm w swoich programach. Świadomy skomplikowania operacji pozostaje jednak kapitan lotu, który podczas jakiejś konferencji prasowej mówi dziennikarzowi, że „w lotach na księżyc nie ma sytuacji rutynowych”. Zwróciłem uwagę na te słowa, bo poza cenną wskazówką, by spraw trudnych technicznie i wymagających skomplikowanych operacji nie bagatelizować, nawet jeśli poprzednie wykony szły gładko jak z nut, obecna nasza sytuacja także jest odległa od jakiejkolwiek rutyny. Można powiedzieć, że zbiorowo, jako cała prawie ludzkość lecimy na Księżyc, i że wszyscy tkwimy w „uszkodzonym” rakietowym module o bardzo wymownej nazwie „Odyseja”.

Jeśli to porównanie jest zasadne, powinniśmy być zatem gotowi na długą drogę, pełną niemożliwych do przewidzenia i zaskakujących sytuacji, zdarzeń; przygotowani na dramatyczne zwroty akcji, na  skomplikowane problemy, otwarci także, jak w epickim pierwowzorze i w filmowej opowieści o misji Apollo 13 na przysłowiowe łuty szczęścia, które są może inną nazwą stopu pracy, przygotowania, doświadczenia ludzkiego i czystego przypadku. Najważniejsza gotowość, jak myślę to ta, do zbiorowego, zespołowego wysiłku. Kiedy zawodzi wszystko, co wydawało się, że nie ma prawa zawieść i znajdujemy się w sytuacji, którą wczoraj trudno nam było sobie nawet wyobrazić, („awaria wszystkich silników – to niemożliwe”), dobrze jest skoncentrować się na problemie i działać. Wspólnie.

Dowódca naziemnej obsługi lotu (świetny Ed Harris) stanowczym głosem przywołuje do porządku rozdyskutowany emocjonalnie zespół: „Musimy rozwiązać problem. Nie czas na domysły! Przeanalizujmy sytuację. Musimy mieć pełny obraz. Co działa bez zarzutu?” Koncentrujemy się zatem na problemie („musimy rozwiązać problem”),  przepatrujemy okoliczności („przeanalizujmy sytuację!”), określamy nasze zasoby („co działa bez zarzutu?”). Refleksja na tych trzech poziomach w naszym korona wirusowym kryzysie mogłaby pojawić się na wszystkich piętrach naszego społecznego funkcjonowania: rządowym, miejskim, indywidualnym (osobistym). Warto wykonać ten przegląd, bo sytuacja jest krytyczna, a my nie znaleźliśmy jeszcze rozwiązania.  Mam wrażenie, że w niektórych miejscach nawet go nie szukamy, zupełnie jakbyśmy czekali na moment, w którym ludzie będą musieli odnaleźć się w sytuacji osobistych katastrof, a wtedy dopiero zacznie się administrować tragedią. W pierwszej kolejności powinniśmy mieć więc nasz własny zespół Houston; „dobry zespół fachowców (…) ludzi ze wszystkich dziedzin – specjalistów od rynku pracy finansów publicznych, rynków finansowych, statystyków, epidemiologów, lekarzy, psychologów społecznych, pracodawców, związkowców – nawet specjalistów od komunikacji”. Autor tych słów, profesor ekonomii Wojciech Paczos z Uniwersytwtu w Cardiff kończy stwierdzeniem: „nie pojmuję, dlaczego takiego zespołu jeszcze nie ma”. Profesor mówi o Polsce, ale można to odnieść do każdego większego organizmu społecznego.

W sytuacji przedstawionej w filmie bardzo szybko oczywistym staje się, że szablonowe rozwiązania, gotowe schematy przestają mieć zastosowanie, bo astronauci ( i liczona w dziesiątki osób obsługa naziemna lotu) znaleźli się w sytuacji wyjątkowej, niespotykanej, nie ćwiczonej w żadnym symulatorze, nie mającej precedensu. Nie mogą rozwiązać problemu, korzystając z gotowych klisz. Podobnie my, choć nasze gazety eksplodują od gotowych rozwiązań podsuwanych przez specjalistów od biznesu, polityki, medycyny, filozofii, psychologii – wszystkiego, którzy mówią bez zawahania: „tak trzeba… to powinniśmy teraz zrobić”. Niewielu  gotowych jest przyznać, że nie wie, ale że trzeba działać, szukając.  W filmie pojawia się stwierdzenie, które może być podpowiedzią, jak do tego podejść: Zapomnijcie o planie lotu. Musimy improwizować. Zaczynamy nową misję. Niektórzy komentatorzy kryzysu podkreślają, że nie ma powrotu do „starego świata”, piszą o wyczerpaniu się dotychczasowej narracji – czyli mówiąc językiem astronautów, dotychczasowy plan lotu jest już nie aktualny, wszystko co myśleliśmy do tej pory  np. na temat gospodarki, która może nieustająco rosnąć to historia. Znaleźliśmy się w momencie, w którym musimy na nowo zdefiniować naszą misję; wymyślić nowy świat, nowy ład, a w nim nową gospodarkę, nową edukację, w ogóle dużo nowego – z nowymi stosunkami społecznymi na czele. W ogóle dużo nowego musimy wymyślić, jeśli rzeczywiście ma to być nowa misja, a nie tylko „powrót do normalności”. Nikt tego przed nami nie robił, będzie to więc improwizacja, ale jak w muzyce – by improwizować trzeba mieć solidne podstawy (umiejętności) i talent. Wydaje się, że jednego i drugiego nam nie brakuje, więc teraz wszystko, czego potrzebujemy to rodzaj odwagi, by ruszyć z miejsca, nie wiedząc dokąd nas droga zaprowadzi, ale wiedząc czego szukamy. W filmie kierujący lotem z centrum w Houston mówi: Mniejsza o to, co i jak zostało zaprojektowane, pytanie – jak możemy to wykorzystać?

No właśnie, jesteśmy jak żeglarze na pełnym morzu, którzy bez możliwości zawijania do portu muszą zbudować z żaglowca statek o napędzie parowym.

Niezwykle ważne rzeczy dzieją się także w kapsule kosmicznej, gdzie trójka astronautów korzystając z całej dostępnej im wiedzy i intuicji, i wskazówek płynących z ziemi próbuje „ogarnąć sytuację” w sposób umożliwiający powrót. Nieoceniony jest kapitan: „ Musimy znaleźć sposób na przetrwanie”, mówi, i kiedy przechodzi do wdrożenia procedur spokojnie dodaje: Zrobimy to razem. Zróbmy to bezbłędnie”. To, czyli przejście krok po kroku procedury stworzonej naprędce przed chwilą. Czy to daje gwarancję powrotu? Nie, nie ma żadnej gwarancji, ale jak słyszeliśmy wcześniej, w przypomnianym nagraniu telewizyjnego wywiadu z kapitanem : Nigdy nie wiesz co cię doprowadzi do domu”.

Warto więc mieć nadzieję, i realizować ją poprzez działanie, czyli zaufanie do zespołowego wysiłku, dzielenie się odpowiedzialnością, intelektualny wysiłek, wzmożenie siły woli,  bo już każdy z tych elementów osobno powiększa różnicę między największym dramatem”, a naszym największym osiągnięciem”. A kiedy doda się je wszystkie do siebie, suma stanowić będzie miarę naszego zwycięstwa. W przypadku NASA był to szczęśliwy powrót załogi,  w naszym przypadku może to być szansa na nowe, wspólne i wspólnie urządzane lepsze życie.

Sporo przeżyłem, sporo się nauczyłem; siedem dni w dwie godziny, a ile pożytku na dziś!

fn


0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *