Musk leci na Marsa, czyli nowe kroniki marsjańskie

1. Przeczytałem niedawno informację, że Elon Musk szef koncernu Tesla i firmy wysyłającej na orbitę amerykańskie statki kosmiczne – Space X rozwijający  od kilku lat konsekwentnie koncepcję kosmicznej ekspansji podał datę możliwego pierwszego startu załogowego lotu na Marsa. Start rakiety STARSHIP ze stoma osobami załogi na pokładzie mógłby mieć miejsce  w 2026 r. 

Pomyślałem, że to bardzo ciekawa data.  Ciekawa nie tylko z tego względu, że tak blisko nas, raptem pięć lat, ale także z tego względu, że trzy ostatnie rozdziały książki Raya Bradbury’ego Kroniki marsjańskie  ( książka wydana w 1950 r.!) mają w tytule datę 2026 i opisują smutny koniec ludzkiej kolonizacji Czerwonej Planety: „Kwiecień 2026: Długie lata”, „Sierpień 2026: Łagodne spadną deszcze”,  „Październik 2026: Milion lat wakacji”.

2. Każda kolejna konferencja Elona Muska przynosi nowe informacje dotyczące kolonizacji Marsa. Na ostatniej poinformował o tym, że chętni do wyprawy muszą być gotowi na śmierć: „jest spora szansa, że umrzesz, będzie to trudna misja, ale wspaniała, jeśli wypali”. Powiedział także, że chciałby, aby w przyszłości każdego dnia startowały trzy  statki, które Space X będzie budować z szybkością 100 statków rocznie, co po 10 latach da flotyllę 1000 statków. Oznacza to możliwość wysłania na Marsa 100 tysięcy ludzi. I kiedy przeczytałem ten fragment rozmowy z Muskiem znów przypomniał mi się Bradbury z „Kronikami marsjańskimi”, rozdział „Luty 2002: Szarańcza” zaczynający się od słów: „ Rakiety przybywały niczym werble huczące w ciemności, jak szarańcza roiły się i osiadały na równinach pośród różowego dymu. A z nich wybiegali ludzie, unosząc w dłoniach młoty, gotowi przekuć ów obcy świat w coś znajomego oku, przegnać to, co nieznane”, a kończący się zdaniem: „ W ciągu sześciu miesięcy na nagiej planecie wyrosło dwanaście małych osad (…) W sumie na Marsa przybyło już ponad dziewięćdziesiąt tysięcy ludzi, a na Ziemi kolejni pakowali manatki…” 

I tego nie powiedział Musk, ale dziennikarze wydedukowali to z analizy projektów i spekulują, że kolonizatorzy na Marsie mieliby stworzyć oddzielne państwo rządzące się własnymi prawami, niezależnymi od obowiązujących w żadnym z krajów na naszej planecie. Jeśli ktoś uważa, że ta ostatnia wizja jest zbyt śmiała, można przypomnieć wtedy plany Marka Zuckerberga, właściela Facebooka dotyczące wprowadzenia własnej waluty – Libry. Zestawienie tych dwóch wizji może przywieźć nas na próg refleksji o tym, że najbogatszym ludziom na Ziemi przestają wystarczać najsilniejsze waluty i najlepiej urządzone państwa i chcą mieć własne, ale to temat nie na ten wpis. Tu, na marginesie marsjańskich wizji twórcy Tesli chcemy się podzielić refleksją o zadumie nad kondycją człowieka, którą jest powieść Raya Bradbury’ego z  1950 r. – Kroniki marsjańskie.   

3. Książka, kiedy się ukazała zaskoczyła czytelników. Była zaskoczeniem dla czytelników literatury fantastyczno-naukowej i dziełem mało zrozumiałym  dla czytelników gustujących w tradycyjnej prozie. Smak tej literatury, jej wartość docenili czytelnicy wytrawni, tacy jak uosabiający ich mieszkający samotnie bohater filmu „Księgarnia z marzeniami”, który otrzymuje Kroniki marsjańskie w paczce z nowościami. Książka reprezentuje ten nurt w fantastyce, który wyznawców ma nielicznych za to oddanych, a w którym obok niej znajdą się Solaris Stanisława Lema, czy „Lewa ręka ciemności Ursuli Le Guin. Opowieść Bradbury’ego to opowieść intymna,  nie wielki fresk galaktyczny w stylu „Gwiezdnych wojen”, historia refleksyjna, nie kosmiczne odyseje czy robinsonady. W latach pięćdziesiątych XX wieku, kiedy nie mówiło się jeszcze o lotach na księżyc, choć o bombie atomowej już głośno tak, pisarz umożliwił swoim czytelnikom przejrzenie się w marsjańskim lustrze, jak Lem swoim w lustrze solaryjskiego oceanu („Solaris”) i skonfrontowanie z niepochlebnym dla siebie obrazem.

Czytając dziś tę książkę, zwłaszcza po serii artykułów o zamiarach Elona Muska wrażliwy czytelnik stanie raczej po stronie tych komentatorów poczynań twórcy Tesli, którzy zalecają ostrożność w optymizmie. Podczas gdy wielu chwali ambicje amerykańskiego inżyniera i biznesmena, niektórzy wyrażają niepokój. Na przykład Werner Herzog, który powodowany ekologiczną troską mówi, że „powinniśmy raczej sprawiać, by nasza planeta nadawała się do zamieszkania”. Wizję Muska w mocnym porównaniu zrównuje z ubiegłowiecznymi utopiami komunizmu i faszyzmu, mówiąc, że technologiczną utopię kolonizacji Marsa zakończymy bardzo szybko i w takim samym stylu jak dwie wspomniane wcześniej.

Pod wywiadem z Muskiem w internetowych komentarzach nie brak wyrazów entuzjamu i zachwytu: „geniusz”, „prawdziwy wizjoner”, „w całości identyfikuję się z nim”. Znalazłem tylko jeden komentarz, który wyrażał sceptycyzm: „Po cholerę na Marsa? Nie lepiej uratować (…) Ziemię?”  

4.  Jak Dżuma” dla dzisiejszej pandemii, tak Kroniki marsjańskie dla zapędów kolonizacyjnych Muska stanowić mogą świetną trzcinę mierniczą. Obraz trzciny jako miary bierzemy z Apokalipsy Jana z rozdziału 11: Potem dano mi trzcinę podobną do mierniczego pręta , i powiedziano : « Wstań i zmierz Świątynię Bożą i ołtarz, i tych, co wielbią w niej Boga >>”. Klimat „Kronik marsjańskich także jest apokaliptyczny: zniszczeniu ulega cywlizacja marsjańska, w pyle po atomowej wojnie kończy cywlizacja ludzka, ale apokaliptyczność tej książki powinniśmy postrzegać nie jako relację o katastrofie, ale jako odsłonięcie prawdy o rzeczywistości, objawienie prawdy o naszej, ludzkiej naturze.

Myślę, że Kroniki marsjańskie powinniśmy prezentować teraz w bibliotekach w księgozbiorach podręcznych i po każdej kolejnej konferencji Muska i informacjach o kolejnych etapach przygotowań  do kolonizacji Marsa sprawdzać z książką w ręku, w jakim jesteśmy miejscu. Nie tyle sprawdzać, co upewniać się, że rzecz idzie jak zawsze.  Kiedy Musk mówi o pierwszych kolonizatorach, że znajdzie bez trudu śmiałków, którzy będą chętni do tej niezwykłe podróży, ma rację, bo Bradbury w rozdziale „Sierpień 2001: Osadnicy”  opisał tę prawdę surowymi, prawdziwymi zdaniami: „Ludzie z Ziemi przybyli na Marsa. Przybywali wiedzeni lękiem, albo brakiem lęku, ponieważ byli szczęśliwi lub nieszczęśliwi; bowiem chcieli poczuć się jak Pielgrzymi, albo i nie. Każdego przywiodły tu własne powody.Porzucali nieudane żony, niudane zawody, nieudane miasta; zjawiali się tu, aby coś odnaleźć, porzucić lub zdobyć, odkryć, pogrzebać, zostawić w spokoju.Wyruszali wiedzeni śmiałymi wizjami, skromnymi snami albo w ogóle bez marzeń Jednakże czterobarwne plakaty rozwieszone w całym kraju powtarzały za rządem: Ty też znajdziesz parcę w kosmosie:Leć na Marsa! I ludzie posłuchali.”   

Trudno pielęgnować złudzenie, że kolonizacja Marsa wyglądać będzie inaczej niż wszystkie te, które do tej pory jako gatunek przeprowadziliśmy. Bradbury ustami jednej z postaci Kronik marsjańskichmówi, że „My, Ziemianie, mamy talent do niszczenia wielkich pięknych rzeczy”. Kiedy chwilę później postać ta dodaje: Tylko dlatego nie umieściliśmy budek z hot dogami pośrodku egipskiej świątyni w Karnaku, że leży ona na uboczu i przez to nie przyciąga handlowców (…) Tutaj jednak cały świat jest stary i obcy, a my musimy gdzieś się osiedlić i zacząć wszystko psuć” przypomniał mi się oglądany w ubiegłym roku film Ad Astra, w którym na Marsie znajduje się stacja przesiadkowa dla ekspedycji udających się w dalsze rejony kosmosu. W jednej ze scen tego filmu Bradd  Pitt, odtwórca głównej roli w terminalu marsjańskiej bazy mija agencje DHL-u i Sub Way’a. Wymowne.

Wspomniałem wyżej o lustrze, które pisarz ustawił przed czytelnikiem. Nie ma wymowniejszego fragmentu niż poniższy, w którym możemy się uważnie przyjrzeć sami sobie: „ Marsjanie potrafili połączyć sztukę z życiem, a ta umiejętność zawsze była obca Amerykanom. Sztuka to coś co trzymamy w pokoju syna na poddaszu, coś co się przyjmuje w małych dawkach co niedzielę, czasem zmieszane z religią”. 

W następnych pięciu latach powinniśmy spodziewać się kolejnych kilku konferencji Muska, bo coraz bliżej będzie do zapowiedzianej przez niego daty startu pierwszej rakiety. Po każdej takiej konferencji postaram się zajrzeć do Kronik marsjańskich, by przymierzyć je do słów Muska; z datami i liczbami Bradbury niewiele się mylił pisząc powieść 70 lat temu, a może to rzeczywistość stara się nadążyć za wyobraźnią powieściopisarza. Około roku 2026, jeśli Starship poleci w kierunku Marsa nie będę w tłumie wiwatujących, za to postaram się sięgnąć po Kroniki marsjańskie do tego zaznaczonego fragmentu,  w którym mówi się o tym, co się stanie z Marsem, kiedy na dobre się tam rozsiądziemy: „ Jeśli wszystko się uda, wkrótce na Marsie powstaną trzy ośrodki badań jądrowych i składy broni atomowej. A to oznacza, że Mars jest skończony. Wszystkie te cuda odejdą  (…) A potem do gry włączą się kolejne grupy nacisku: przedsiębiorstwa górnicze, biura podróży. Pamięta pan , co spotkało Meksyk, kiedy Cortez i jego najdrożsi przyjaciele przybyli tam z Hiszpanii? Grupa chciwych, zadufanych bigotów zniszczyła całą cywilizację„.

*Wszystkie cytaty z „Kronik marsjańskich” podaję w przekładzie Pauliny Braiter i Pawła Ziemkiewicza za wydaniem Ray Bradbury „Kroniki marsjańskie”, kolekcja Gazety Wyborczej 20. 

fn                    


0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *