11 03 1818  Mary Shelley opublikowała „Frankensteina”

Pamiętają Państwo wiersz Leśmiana „Dusiołek”, zakończenie tego wiersza ?

Rzekł Bajdała do wołu:

O, rety – olaboga!

Nie dość ci, żeś potworzył mnie, szkapę i wołka,

Jeszcześ musiał takiego zmajstrować Dusiołka?”

Leśmian w lekkich słowach przedstawił to, co w postaci opowieści ubarwiających wieczory rodziło się podczas spotkań w doborowym towarzystwie ( Mary Shelley, jej mąż – znany poeta romantyczny Percy Shelley i  znany z ekscentrycznego stylu życia – lord Byron), i co zaowocowało powieścią grozy napisaną przez  Mary: Frankensteinem”.  Prawdziwy i pełny tytuł powieści to Frankenstein, czyli nowy Prometeusz.

Duch zabawy (choć nie pozbawionej pewnej powagi) towarzyszył więc narodzinom powieści, której przesłanie, w miarę rozwoju cywilizacji przemysłowej stawało się coraz bardziej groźne i niepokojące. Można powiedzieć, że im bliżej naszych czasów,  tym bardziej   Frankenstein potworniał, olbrzymiał, rósł, zamieniał się w jedną z wielkich metafor współczesności.

Powieść szybko  zaczęła obrastać interpretacjami – dotyczącymi granic działalności człowieka, granic  naukowych eksperymentów, odpowiedzialności za te eksperymenty. Powstawały nawet interpretacje natury teologicznej.

Z tego dobrodziejstwa interpretacyjnego hojnie korzystała kinematografia, (sama zresztą przykładając rękę do jego poszerzenia),   przenosząc na ekran niezliczoną ilość razy historię o naukowcu i jego „dziele”. Ostatni raz, udanie z pewnością, zekranizował Frankensteina Kenneth Branagh, obsadzając się zresztą w głównej roli szalonego doktora Frankensteina.   

Dla większości czytelników i widzów historia ta nadal nie wybiega poza dobrą zabawę z małym dreszczykiem (a dreszczyk z powodu znakomitej realizacji niektórych obrazów), dla nielicznych jednak, w przypadkowej lekturze książki, albo podczas zamierzonej projekcji filmu może stać się tym znakiem, który w  jakimś fragmencie oddaje grozę  naszego, współczesnego życia; grozę, najczęściej dobrze ukrytą za kotarą codzienności.

Czasem jedno zdanie, jeden akapit może na nią naprowadzić, odsłonić ją – jak np. w  powieści Leonarda Sciasci „Rycerz i śmierć, w której znaleźć możemy  fragment:

Niektórzy pracują nad tym, by rodziły się potwory, genialne monstra dla monstrualnego świata.‘ To, co my robimy  – powiedział mu kiedyś pewien sławny fizyk – to róże i kwiaty w porównaniu z tym, co robią biolodzy’ ”.

Laboratorium Frankensteina pracuje więc pełną parą, a dzieło Mary Shelley dotyka spraw, które dziś dopiero kiełkują, a  z którymi także trzeba mierzyć się już, albo trzeba będzie się zmierzyć jutro. 

Biotechnologia, klonowanie, eksperymenty eugeniczne – tym śladem prowadzi zaś czytelnika autor książki Ślady Frankensteina, przekonując o „głębokim  zakorzenieniu w świadomości i podświadomości mitu”, któremu życie dała, nie podejrzewająca jak rozległe dla kultury mogą być konsekwencje tego „aktu”, śmiejąca się z opowieści snutych przy kominku i winku,   Mary Shelley. Po lekturze tej książki, mało kto zdobędzie się na to, by o książce wydanej prawie dwieście lat temu powiedzieć w rozbawieniu „strachy na Lachy”.

fn


0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *