22 I 1921 urodził się Krzysztof Kamil Baczyński

Na krótko przed wybuchem wojny Miłosz pisze wiersz „Roki” ( w tomie „Trzy zimy”). To wiersz o apokalipsie, ale apokalipsie, która przy doświadczeniach pokolenia Baczyńskiego wydaje się jeszcze literacką zabawą. Aura niezwykłości, metafizyczny wymiar wizji, znaki końca czasu, katastrofa, w której środku tkwi podmiot – wszystko to, co w tym pięknym przecież wierszu Miłosza możemy znaleźć to zabawa przy końcu świata opisanego przez Baczyńskiego. U Miłosza – świat rozpada się metafizycznie, u Baczyńskiego – kończy się jak najbardziej realnie i dotkliwie; kończy się świat młodości, świat naiwnej wiary, świat piękna, świat radości, nadciąga wojenna noc.

                      Wiersze Baczyńskiego to zapis tej nocy: płynie mrok, ciemność, czerń, a w tej czerni cisza  i ciężar, a  na tle czerni – czerwień, w sercu czerni – groza. („Ten czas”)

W świecie wierszy Baczyńskiego nie ma dnia, może dlatego Miłosz swoje wiersze wojenne tytułował ironicznie, na przekór: „Świat. Poema naiwne”, „Światło dzienne”.

                      Wiersze Baczyńskiego to próba zrozumienia tej nocy, modlitwa o jej zrozumienie, bo gdybyż to była naprawdę Apokalipsa – czas ostatecznych rozstrzygnięć, zamknięcia karty dziejów można by to przyjąć i zrozumieć nawet, ale to co się dzieje, ta „krzywda ludzka” jest niemożliwa do zrozumienia, jest nie do pojęcia. Nie ręka Boga, ale ludzie wymierzają sami sobie sąd („Psalm 4”).

                     „Kamienny świat”, „zastygły czas”, które zwykliśmy traktować jak metafory, zgrabne, literackie skróty wojennych doświadczeń w wierszach Baczyńskiego są prawdą.  

Pokolenie, które gwałtownie, nagle dojrzewało z jeszcze większą gwałtownością zostało porażone mrozem śmierci. Życie zastygło, stężało, przymarzło, skrystalizowało się, stanęło w miejscu. Czas stanął w miejscu, skamieniał.

Krzemień, sól, kryształ; pomyślmy – to było kiedyś bujne życie. („Pokolenie”)

Do palców przymarzły struny  z cienkiego krzyku roślin.

Tak się dorasta do trumny, jakeśmy w czasie dorośli.

Stanęły rzeki ognia, ścięte krą purpurową,

Po nocach sen jak pochodnia straszy obcięta głową.

Czegóż ty jeszcze? W mrozie świat jest jak z trocin sypki.

Oczu stężały orzech. To śnieg, to nie serce tak skrzypi.

Każdy kolumną jesteś na grobie pieśni własnych zamarzły.

Czegóż ty jeszcze? To śmierć – to nie włosy blasku.

To soli kulki z nieba? Czy łzy w krzemień twarzy tak wrosły?

Czy ziemia tak bólem dojrzewa, jakeśmy w czasie dorośli? 

fn


0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *