12 III 1922 urodził się Jack Kerouac

Nie wiadomo, czy bardziej pisał, czy bardziej podróżował, po co zresztą rozstrzygać, który żywioł silniejszy. W życiu Kerouac’ka podróżowanie i pisanie splotły się nierozerwalni, owocując biblią beatników, hippisów i wszystkich tych, którzy z podróżowania uczynili dom, a z drogi przystań – książką W drodze.

Allen Ginsberg, jeden z jego licznych przyjaciół, do grona których należał i William Burroughs i Allan Watts (ileż te nazwiska wszystkie mówią tym, którzy przeżyli zaczarowanie, zafascynowanie, urzeczenie beatnikami, epoką beat generation, których uwiodła ta filozofia podróży i wolności !!), Allen Ginsberg więc, po ukazaniu się tej książki     powiedział o jej autorze: „nowy budda amerykańskiej literatury”.

Albo rozpatrzył się dobrze w osobowości przyjaciela, albo prorokował, bo w Kerouac’ku buddyjskie tęsknoty żyły bardzo mocno. Dokąd zresztą, jak nie na Wschód wiodły wszystkie drogi beatników? Jechali tam Beatlesi, przed nimi pielgrzymował Hesse, który podróżując tam w wyobraźni stworzył „Podróż na Wschód”,  i który wrócił ze Wschodu z powieścią  Siddhartha w teczce. Wybierali się tam i Jung, i Grotowski, by z imienia wspomnieć tylko gigantów, i wszyscy inni pomniejsi święci pokolenia 68. Jechali po światło, po oświecenie – „ex Oriente lux”  (światło ze Wschodu).

Każdy stamtąd coś przywoził; jak nie książkę, to narkotyk, jak nie narkotyk, to muzykę, jak nie muzykę to doświadczenie.

Kerouac wrócił z Włóczęgami Dharmy,  z nie wydaną do dziś biografią Buddy „Wake Up”,  i „Aniołami Pustkowia” – książką  uważaną przez wielu  za jego najlepszą, która  jest tomem prozy niemal całkowicie pozbawionym akcji,  pełnym buddyjskich aluzji, czymś na kształt naszej Całej jaskrawości”, czy Fabula rasy” Stachury, a której fragment, dla przybliżenia charakteru tej prozy cytujemy:

„Pssst pssst, powiada wiatr przynosząc wiatr i błyskawice bliżej – Tyk, powiada piorunochron otrzymawszy włókienko elektryczności z uderzenia a Skagit Peak, ogromna energia, cichutko i bez przeszkód prześlizguje się przez moje ochronne pręty i kabelki i znika w ziemi pustkowia – Nie ma strzałek piorunowych tylko śmierć – Pssst, tyk, czuję w mym łóżku jak ziemia się rusza…”

Każdy kto przeczyta „W drodze” nie potrzebuje wielkich tłumaczeń, by zrozumieć intencję tej książki, a jeśli nie przemówi ona do niego słowami, będzie starała się dotrzeć żarliwością i autentycznością doświadczenia. Dziś ten żar już trochę przygasł, w drogę wyruszają raczej samotnicy, niż szczęśliwe z odkrycia wolności i rozentuzjazmowane grupy młodych ludzi, w czasach Kerouac’ka było inaczej – ciemniej dokoła, ale radośniej w wędrówce. 

A o powodach tego grupowego wyruszania w drogę pisze trochę Jerzy Jarniewicz, tłumacz; warto się w te słowa wczytać, bo beat generation jest może przeszłością, ale to co wywołało ten spontaniczny ruch , zdaje się aktualnością nieprzebrzmiałą ;

Pod powierzchnią uporządkowanego życia ci młodzi Amerykanie odkrywali szaleństwo, przemoc i fałsz. Wyłamywali się z ram przeżartego hipokryzją społeczeństwa, które opętał bałwochwalczy materializm, widoczny najjaskrawiej w pędzie ku zaprogramowanym karierom i w gwarantującym wysoką pozycję społeczną konformizmie. Najbardziej spektakularnym przejawem ich buntu stała się oczywiście obyczajowość. Bitnicy nie imali się stałych prac, nie mieli ani stałych partnerów ani stałych miejsc zamieszkania, prowadząc życie współczesnych nomadów.

Koszt tego życia? Wysoki: pijaństwo, narkotyki, śmierć niektórych. Nasz bohater zmarł wyniszczony alkoholizmem .

 „Hipnotyczny rytm jego prozy nie stracił nic na swojej anarchicznej sile” .     

fn


0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *