“Dzięki, Barry, dzięki!”

Nagroda

22 grudnia można było przeczytać, że Barry Lopez został wyróżniony inauguracyjnie, czyli jako pierwszy spośród wszystkich pisarzy nagrodą Writer in the World. Przyznano mu ją za rzadkie połączenie talentu literackiego i wyobraźnię moralną, pomagające nam lepiej zrozumieć świat i nasze w nim miejsce ”. Dyrektor wykonawczy Konferencji, która postanowiła co roku tę nagrodę przyznawać, Robin Eidsmo uzasadniał przyznanie jej Lopezowi słowami o pisarzu, który „ pełen ciekawości i współczucia obdarzył nas słowami optymizmu i niepokoju na temat naszej  planety oraz naszej potrzeby ochrony jej i siebie nawzajem”.

Śmierć

Cztery dni później, bo 26 grudnia media przyniosły wiadomość o śmierci 75 – letniego pisarza. Słowo „pisarz” nie jest w przypadku Barry’ego Lopeza słowem na wyrost, bo pisanie o środowisku, o naturze podniósł na wyżyny sztuki pisarskiej. We wspomnieniu o nim, przygotowanym przez nowojorską redaktorkę i dziennikarkę Corinne Segal możemy przeczytać, że „W ciągu pół wieku praca Lopeza zmieniła dziedzinę pisarstwa środowiskowego, otwierając nowe światy możliwości narracyjnych; Jego styl, który uhonorował duchowe i intuicyjne powiązania ludzi z lądem, czerpiąc z pracy naukowej naukowców, historyków i filozofów, stał się przewodnim światłem dla innych pisarzy, których zadaniem jest teraz stawienie czoła narastającemu kryzysowi klimatycznemu”. 

Opublikowana w 1986 roku medytacja o Arktyce ( klimat, zwierzęta, środowisko, ludzie) zatytułowana Arktyczne marzenia” przyniosła mu nagrody i zachwyt czytelników, stała się także znakiem rozpoznawczym literatury ekologicznej. Do dziś krytycy potrafią pisać o niej tak, jak Adam Robiński przedstawiający w mijającym roku, wydaną przez wydawnictwo Marginesy  książkę  polskiemu czytelnikowi: „ Lopeza czyta się w nieprzerwanym zachwycie; po pierwsze pod względem jego pisania, po drugie – tej planety i rządzących nią praw. Nie znam żadnego innego autora z tak wielkim sercem dla natury. Nic, tylko patrzeć mu przez ramię i słuchać. Wybitne!”

The New York Times w notatce zaktualizowanej 28 grudnia o północy piórem swojego dyżurnego dziennikarza  napisał, że „pan Lopez objął krajobrazy i literaturę z humanitarną, środowiskową i duchową wrażliwością”.

I o tych rodzajach wrażliwości, o wdzięczności czytelnika za nie, jest te poniższe kilkanaście zdań.

Arktyka

Nazwisko Barry Lopez, kiedy przeczytałem je po raz pierwszy na łamach „Pisma” w lutym 2020 r. nic mi nie mówiło.  Wróciło do mnie z siłą później, kiedy czytałem artykuły innych dziennikarzy o topnieniu lodowców – myślę, że z największą mocą przy pracach Dahr’a Jamala (polskie wydanie książki Koniec lodu). Potem natknąłem się na informacje o książce, która dopiero co ukazała się w Ameryce: Horizon,  i wtedy rozpocząłem namiętne poszukiwania jego prac wydanych po Polsku. Na „Horizon” przyjdzie jeszcze poczekać, ale „Arktyczne marzenia” dostępne są po polsku od prawie roku. Na mojej półce także. Zima jeszcze trwała, kiedy w jednym z tygodników ukazała się obszerna, przeprowadzona przez Adama Robińskiego  rozmowa z Barrym Lopezem („Jestem łososiem”, TP 6/2020, str. 78-81). Kupiłem Tygodnik dla tej rozmowy, spodziewając się zupełnie innych emocji i olśnień, niż te, o których z wdzięcznością tu piszę.

Wspólnota, optymizm, otucha

Na początek zaskoczyły mnie rzadko spotykane dzisiaj słowa o powinnościach pisarza. Barry Lopez mówi, że „Obowiązkiem pisarza nie może być autorytarne rozkazywanie czytelnikowi, tylko sprawozdanie: Oto, co widziałem, co o tym myślisz?. I dodawanie otuchy”.  Wzruszająco brzmią słowa:  „dodawanie otuchy”, wzruszająco i krzepiąco. Zwłaszcza, że zdanie dalej Lopez dopowiada: „Twoim obowiązkiem jest troska o społeczność, której jesteś częścią… (…) jesteśmy w tym razem. ”

Byłem pewien, że hasło naszej Biblioteki „jesteśmy w tym wszyscy razem” korzeniami tkwi w opisach wspólnego doświadczania epidemii  z końca marca i początku kwietnia 2020 r., ale widzę teraz, że te korzenie mogą tkwić w innym miejscu niż przypuszczałem – w przejęciu się słowami Barry’ego Lopeza.      

Ujęło mnie wtedy i nie opuszcza myślenie pisarza o wspólnocie, o byciu razem pisarza i czytelnika, a w szerszym kontekście – nas wszystkich – uczestników klimatycznego kryzysu, ekologicznej katastrofy. Rozmowa przynosi czytelnikowi wgląd w źródła tej postawy i potrafi  otworzyć w nim ( w czytelniku) strumień wzruszenia, wdzięczności i czegoś jeszcze, co trudno jest nazwać i opisać. Swoją optymistyczną postawę Lopez tłumaczy na początku brakiem umiejętności życia w rozpaczy: „ Nie umiem żyć w rozpaczy, chyba nikt tego nie potrafi (…) Gdybym miał żyć takimi myślami byłbym całkowicie bezużyteczny dla innych”.

Oczywiście optymistyczna postawa autora spotykała się z głosami krytyki; pisano, że wynika z naiwności, jednak to nie naiwność dyktowała autorowi Arktycznych marzeń podnoszące na duchu treści; nie naiwność,  a wiedza i doświadczenie.

Trudna wiedza i  bardzo trudne doświadczenie.

Barry Lopez mówi o traumie seksualnego molestowania w dzieciństwie. Wspomina o tym, jak w całym dorosłym życiu mierzył się z dziecięcą traumą i jak w końcu udało mu się to osobiste doświadczenie przeżyć, oswoić, jak, dzięki terapii nauczył się z nim żyć i jak w końcu udało mu się cały proces opisać w eseju wydrukowanym w Harper’s w styczniu 2013 r.  Dotarłem do tego eseju i za chwilę o nim, ale wcześniej jeszcze słowa o terapii, którą Barry Lopez odbył, a która, jak mówi nie tyle „wyleczyła go, co nauczyła jak sobie z tym radzić”. To niesamowite słowa! Zwykle traktujemy terapię jako działanie, które ma nam przynieść zdrowie, uleczenie, powrót do sytuacji sprzed kryzysu, „zwrócić utraconą niewinność”, natomiast w ujęciu Lopeza terapia jest czymś, co wiedzie nie do wyleczenia, ale raczej do nauki, „jak sobie z tym radzić”. Piękne i praktyczne: „ To tak jak z moją terapią – była skuteczna choć nie wymazała wspomnień. Nauczyła mnie jak sobie z nimi radzić (…) Musisz umieć sobie z nimi poradzić, w przeciwnym wypadku będziesz bezużyteczny”, powiedział w rozmowie. 

Zniknięcie tyranii, sukces terapii i potrzeba innych  

W eseju z 2013 r. pisarz opisał doświadczenie seksualnego molestowania w dzieciństwie i próby uporania się z traumą w życiu dorosłym. Ostatnim etapem  w tym procesie, etapem, który na koniec przyniósł przełom, ulgę była terapia. Jej zakończenie opisuje tak: „Pewnej nocy w 1998 roku, jadąc z miasta, w którym widziałem terapeuty czterdzieści mil w górę rzeki, do mojego domu, nagle poczułem, jak ogarnia mnie ulga. Uczucie było tak silne, że zatrzymałem się i wysiadłem z ciężarówki. Podszedłem do krawędzi czegoś, co wymagało już operacji. Ale to było coś innego. Nie było już kamiennej, apodyktycznej obecności, której obawiałem się prawie przez całe życie. Długo stałem w ciemności przy drodze, delektując się ulgą, nagłym zniknięciem tej tyranii”. 

Dalej Barry Lopez pisze jeszcze mocniejszą rzecz: „Sukces terapii był dla mnie nie tyle tym, że zrozumiałem, że jako dziecko nauczyłem się tolerować akty przemocy. Odkrywałem w sobie większą zdolność do empatii z koszmarem innej osoby. Większość nierozstrzygniętego strachu i gniewu, w którym kiedyś się trzymałem, przekształciła się teraz we współczucie, rozumienie kłopotów, z którymi prawie wszyscy spotykają się, na pewnym poziomie, w pewnym momencie swojego życia”.

W tym fragmencie ujawnia właśnie źródła swojej optymistycznej postawy, nastawienia ducha, które inni  brali za naiwny optymizm; postawa niesienia otuchy ma swoje korzenie w wykształconej zdolności do empatii. Doświadczać przemocy – to mieć szansę na rozumienie krzywdy innych, w ostateczności –  otrzymać możliwość widzenia spraw ludzi w sposób szerszy, bardziej wyrozumiały, pełniejszy i z rodzajem uczucia, które nazwać można „pewnym rodzajem miłości”.

I ujawnia to także w tym fragmencie eseju z 2013 r., w którym pisze, jak próbował poradzić sobie z traumą sam: „Powszechne w leczeniu urazów jest zakodowane głęboko w psychice amerykańskich mężczyzn przekonanie, że jest szlachetnym leczyć się samemu (…) Potrzebujemy innych, aby przywrócić nas do życia ludzkiego. To wydaje się być dla mnie ostatnią lekcją – docenienia czyjegoś uścisku nie jako przebaczenia czy polubownego osądu, ale jako potwierdzenie, że od czasu do czasu życie prywatne staje się brutalnie trudne dla każdego z nas i że bez siebie nawzajem , bez jakiejś społeczności koszmar jest skłonny czaić się, czekając na otwarcie”.

Genialnie proste, najbardziej ludzkie z ludzkich doświadczeń, cudownie radosne i rewolucyjnie wyzwalające doświadczenie, które miałem okazję przeżyć dzięki lekturze rozmowy z Barry’m Lopezem  i jego eseju o długiej drodze do tego „jak sobie z tym radzić”. Za to i za „stylistyczną przygodę, jej etyczny adres i świecką duchowość ziemi, którą rozwijająArktyczne marzenia” dzięki, Barry, dzięki!!

 fn


0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *